Matka Boża z Ognia z Czarnej Białostockiej

28 września mija 55 lat od wydarzenia, które wstrząsnęło cichą Czarną Wsią Stacją – obecną Czarną Białostocką. Późnym wieczorem 28 IX 1960 r., z oficjalnie – nigdy nie ustalonych przyczyn – spłonęła kaplica rektoralna parafii MB Anielskiej w Czarnej Wsi Kościelnej. Podobny przypadek i okoliczności pożarów kościołów powtórzyły się w 1965 r. w Narewce oraz w 1976 r. w Śliwnie. Spalona kaplica mieściła się w dawnym klubie wojskowym. Wraz z nią uległo zniszczeniu mieszkanie wikariusza ks. Eugeniusza Bidy oraz pomieszczenia do katechizacji. W oficjalnej wersji wydarzeń podano, że powodem pożaru była wadliwie założona instalacja elektryczna. Powszechnie jednak budził wzburzenie fakt, że drzwi mieszkania ks. Bidy były zawiązane drutem. Wnoszono stąd, iż było to celowe podpalenie. Sprawcy sądząc, że ksiądz jest w mieszkaniu, postanowili uniemożliwić mu ucieczkę z płomieni. Ten jednak przebywał w tym czasie u zaprzyjaźnionej rodziny z parafii – państwa Jacewiczów. Ogień zauważono dopiero, gdy płonęła już cała kaplica. Zdążono jedynie wynieść z szalejącego żywiołu tabernakulum z Najświętszym Sakramentem oraz figurę Serca Pana Jezusa. Spłonęło całe wyposażenie kaplicy, a z samego budynku pozostał zaledyczka z dzwonem, znaleźli tylko stopiony kawałek metalu. Według przekazów wie stos osmolonych belek. Nawet krzyż i sygnaturka stojące przed świątynią ucierpiały od ognia. Resztki kaplicy tliły się jeszcze przez tydzień, lecz już następnego dnia parafianie zaczęli rozgrzebywać pogorzelisko. Ministranci, starając się odnaleźć mosiężny dzwon wiszący przy wejściu, w miejscu, gdzie stała wieżświadków, trzeciego dnia po pożarze, ks. Tadeusz Muraszko chodząc po pogorzelisku, znalazł skrawek jedwabnego, zielonego ornatu, z ocalałym haftowanym wizerunkiem MB Miłosierdzia. Według innych relacji, na ów ornat miała się natknąć parafianka Helena Żurawska. Ornat ten podarowała kiedyś do kaplicy pewna zamożna kobieta. Choć przedstawienie Matki Bożej na zielonym tle było sprzeczne z obowiązującymi zasadami liturgicznymi, kobieta uparła się, że tak być musi. Ornat użyty był podobno tylko raz i odłożony do szuflady. Pod nim i nad nim leżało co najmniej kilka innych, lecz żaden nie ocalał. Mieszkańcy Czarnej Wsi Stacji odczytali to wydarzenie jako dany im szczególny znak łaski.

Wizerunek Matki Bożej otoczono czcią, czyniąc zeń wymowną pamiątkę tej tragicznej nocy. Oprawiony w przyniesioną przez kogoś ramę, był on przez prawie rok głównym obrazem w prowizorycznej kaplicy. Zaczęto nawet nazywać ów wizerunek Matką Bożą z Ognia. Łaski, których ludzie tam doznawali, zaczęto przypisywać wstawiennictwu Matki Bożej z czarnowiejskiego wizerunku. Przybywać zaczęli indywidualni pielgrzymi, zachęceni wieściami o doznawanych tu łaskach. Obecność takiej relikwii dodawała motywacji w trwaniu na straży miejsca kultu, które ówczesne władze postanowiły zlikwidować. Powstające miasto Czarna Białostocka, miało być na wzór Nowej Huty, miastem socjalistycznym, miastem bez Boga. Przed wojną miejscowość ta była bodajże najbardziej komunizującym ośrodkiem na Białostocczyźnie. W 1953 r. powstała fabryka wyrobów precyzyjnych, zakłady przemysłu materiałów budowlanych, rozbudowano tartak. W1962 r. Czarna Wieś otrzymała prawa miejskie, przy czym nazwę zmieniono na Czarna Białostocka. Pożar kaplicy miał być wydarzeniem definitywnie kładącym kres placówce kultu religijnego i otwierającym „nową, światłą przyszłość” fabrycznego miasta na wschodnich krańcach Polski.

Pierwszą myśl wzniesienia kaplicy w Czarnej Wsi podjęto w związku ze śmiercią marszałka Józefa Piłsudskiego w 1935 r. Kaplica p.w. Św. Józefa miała być drewnianą, jednonawową świątynią, z wieżą od frontu. Miały by tam być odprawiane nabożeństwa w rocznicę śmierci marszałka Piłsudskiego oraz w rocznicę ważnych wydarzeń z jego życia. Do planów budowy kaplicy przystąpiono dopiero po II wojnie światowej. W 1946 r. ks. proboszcz Władysław Saracen doprowadził do uruchomienia kaplicy w budynku wydzierżawionym na 30 lat od Okręgowej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku.

Początkowo kaplica była obsługiwana przez księży z Czarnej Wsi, wkrótce powstał tu Rektorat. W 1947 r. przy kaplicy zamieszkał na stałe ks. Antoni Kruk, pełniąc funkcje duszpasterskie. Od 1954 r. placówka ta nabrała cech samodzielnej jednostki administracji kościelnej. W latach pięćdziesiątych miejscowość, dzięki powstałym zakładom przemysłowym, tak się rozrosła, że praca jednego księdza już nie wystarczała.

W 1957 r. proboszcz czarnowiejski ks. Kazimierz Wilczewski, rozpoczął starania o zgodę na budowę kościoła p.w. Serca Jezusowego w Czarnej Wsi Stacji. 24 VIII 1957 r. Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Białymstoku Wojewódzki Zarząd Architektoniczno – Budowlany wyraził zgodę na budowę nowej świątyni. Zaakceptowany został projekt kościoła wykonany przez arch. Stanisława Bukowskiego. Rozpoczęto już niwelacje terenu, na którym spodziewano się wkrótce założyć fundamenty pod kościół pw. Serca Jezusowego. Jednak po niecałym roku dokumentację odesłano bez rozpatrzenia, zaznaczając, że projekt będzie rozpatrywany dopiero po 1961 r.

Pożar kaplicy rozpoczął najtrudniejszy okres placówki. Ówczesne władze polityczno-administracyjne czyniły wszystko, aby zlikwidować to miejsce kultu. Kuria Arcybiskupia w Białymstoku nakazała proboszczowi ks. Kazimierzowi Wilczewskiemu, aby nie dopuścił do usunięcia Najświętszego Sakramentu z miejsca spalonej kaplicy. Parafianie, a zwłaszcza kobiety, pilnowali prowizoryczną kapliczkę z nadpalonych resztek kaplicy dniem i nocą. Nie dopuszczano do Najświętszego Sakramentu żadnych obcych osób, nawet nieznajomych księży, bojąc się, że mogą to być przebrani pracownicy UB. Nabożeństwo październikowe tego roku odprawiano pod gołym niebem przy pogorzelisku. 6 X 1960 r. Kuria Arcybiskupia w Białymstoku zwróciła się do PWRN w Białymstoku Wydziału d.s. Wyznań z prośbą o wydanie zasadniczej zgody na budowę, w miejsce spalonej kaplicy, nowego obiektu sakralnego. Władze postanowienia takiego nie wydały. Na zimę 1960/61 zbudowano prowizoryczną kaplicę z kilku starych brezentowych namiotów. Wchodziło się do jej ciasnego wnętrza przez sklecony z kawałków desek ganek. W środku nie było nic poza niewielkim ołtarzem. W czasie niedzielnych nabożeństw z braku miejsca ludzie gromadzili się przed kaplicą – namiotem. Autor artykułu „Sit Tibi gloria.” w „Za i Przeciw” z 19 III 1961 r. napisał: „Wzruszający jest widok, kiedy w niedzielę cała parafia gromadzi się przed kaplicą, która swą prowizorycznością przypomina początki chrześcijaństwa, msze w katakumbach, czy w innych, niecodziennych – jak na nasze obecne stosunki – warunkach. Zaskakuje widok dziesiątków, a może setek wiernych, którzy z wielką pobożnością i żarliwością klękają na gołej ziemi, aby przystąpić do sakramentów świętych. Na gołej ziemi – gdyż kaplica mieści w sobie jedynie ołtarz.”

Anonimowy poeta ułożył pieśń – modlitwę, którą u zgliszcz kaplicy śpiewano na melodię „Jezusa ukrytego…”. Jedna ze zwrotek oddaje atmosferę panującą wówczas wśród parafian:
„Tak strasznie nas skrzywdzono
W tę ciemną wrześniową noc
Świątynię nam spalono
A dla nas Bóg dał moc.”

Po upływie półtorej roku, namiot służący za kaplicę groził zawaleniem. Ludzie w ciągu jednej nocy po jego usunięciu, wybudowali barak z na wpół zwęglonych bali. Władze państwowe za samowolne wzniesienie baraku – kaplicy wyznaczyły kary pieniężne. Wobec tego parafianie zrobili między sobą składkę i uiścili wyznaczone grzywny. Mimo to, władze nie dawały za wygraną. Tak duszpasterzom, jak i parafianom grożono aresztem, karano wyrokami kolegium orzekającego. Doszło nawet do opieczętowania drzwi kaplicy, sądząc zapewne, że pieczęcie zostaną naruszone, co będzie ewidentnym dowodem na łamanie przez stronę kościelną prawa. Ludzie przewidując to, drzwi zbili deskami, zdjęli je w całości z zawiasów i schowali nie naruszając pieczęci.

Kaplica ta, wraz z przechowywanym w niej wizerunkiem Matki Bożej z Ognia, przez następne 16 lat zastępowała mieszkańcom, podniesionej w międzyczasie do rangi miasta Czarnej Białostockiej, kościół. Z zewnątrz przedstawiała żałosny wygląd: pokryta papą i smołą, z nadwęglonymi ścianami „wrastającymi” w ziemię, bez fundamentów. Wnętrze stylizowane na ludowo przedstawiało się całkowicie odmiennie. W prezbiterium, obok tabernakulum i wizerunku Matki Bożej z Ognia, wisiał obraz MB Częstochowskiej, poświęcony przez ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego.

Następne lata były czasem usilnych starań o pozwolenie na wzniesienie kościoła oraz erygowanie w Czarnej Białostockiej parafii. Ówczesny biskup – ks. Henryk Gulbinowicz zaczął wywierać moralny nacisk na władze wojewódzkie w Białymstoku, pokazując swym zagranicznym i krajowym gościom przykład kościoła „XX wieku” w Czarnej Białostockiej. W 1973 r. Urząd Wojewódzki w Białymstoku wyraził zgodę na budowę kościoła w Czarnej Białostockiej. Strona kościelna sugerowała umieszczenie kościoła w centrum miasta, wskazując kilka możliwych lokalizacji. Wszystkie propozycje odrzucono. Władze wskazały na wcześniej proponowany plac zastępczy przy cmentarzu grzebalnym. Przyjęcie okazało się niemożliwe ze względu na położenie i zalesienie posesji. Wobec tego pozostawał jedynie do zaakceptowania zajmowany dotąd plac, na którym stała kaplica.

Ks. Wilczewski przywiózł ze swego pobytu w Stanach Zjednoczonych nowy projekt kościoła, z zapewnieniem Polonii Amerykańskiej o sfinansowaniu budowy, jeśliby projekt ten został zrealizowany w Czarnej Białostockiej. Projekt ten jednak nie doczekał się nigdy realizacji. 19 III 1974 r. bp Gulbinowicz erygował parafię p.w. Św. Rodziny w Czarnej Białostockiej. Jej proboszczem został mianowany dotychczasowy notariusz kurii ks. Henryk Glinko.

Wizerunek Matki Bożej z Ognia umieszczono w jednej z kaplic kościoła, tzw. kaplicy chrzcielnej. Nie było to zbyt szczęśliwe rozwiązanie, gdyż doprowadziło ono do powolnego zaniku kultu i zapomnienia słynącego cudami wizerunku. Co prawda kult Matki Bożej z Ognia nie wyszedł zasadniczo poza ramy lokalne, ale stał się ważnym spoiwem tworzącej się wspólnoty parafialnej. Po erygowaniu w 2005 r. w Czarnej Białostockiej parafii Jezusa Miłosiernego, proponowano, by przenieść święty wizerunek do nowej parafii. Pomysł ten jednak spotkał się z oporem parafian ze Św. Rodziny, którzy widzieli miejsce Matki Bożej z Ognia tylko w Jej starym, uświęconym historią miejscu.

Czas wydobyć z zapomnienia czarnobiałostocki wizerunek. Wielu ludzi czeka na orędownictwo Tej, która z ognia historii uratowała klękających przed Nią w cichej kaplicy kościoła Św. Rodziny w Czarnej Białostockiej.

Ks. Zbigniew Gwiazdowski

matka Boża